Ewangelia (Mt 15, 21-28)

Dzisiejsza Ewangelia o kobiecie kananejskiej może nas trochę zaskakiwać. Trudno nam zrozumieć, dlaczego Jezus najpierw nie odpowiada na jej wołanie, a później wypowiada słowa, które brzmią bardzo surowo. Przecież ona przychodzi do Niego z ogromnym cierpieniem – prosi o pomoc dla swojej córki. A jednak nie odchodzi. Nie obraża się na Jezusa. Nie mówi: „Skoro mnie nie wysłuchałeś, to już więcej do Ciebie nie przyjdę”. Ona trwa. Prosi dalej. Pada przed Nim i mówi: „Panie, dopomóż mi”.

I właśnie tutaj Jezus pokazuje nam niezwykłą prawdę o wierze. Prawdziwa wiara nie polega na tym, że zawsze od razu otrzymujemy to, o co prosimy. Prawdziwa wiara polega na tym, że nawet wtedy, gdy Bóg milczy, my nadal Mu ufamy.

Ta kobieta mogła odejść. Mogła uznać, że Bóg jej nie słyszy. A jednak została. Jej wiara była większa niż jej rozczarowanie. I dlatego Jezus mówi do niej: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz”.

Kiedy czytam tę Ewangelię, przypomina mi się historia sługi Bożego Mateusza Talbota, nazywanego apostołem trzeźwości.

Urodził się w Dublinie w Irlandii 2 maja 1856 roku. Był drugim z dwanaściorga dzieci. Kiedy miał zaledwie dwanaście lat, rozpoczął pracę w firmie zajmującej się handlem alkoholem. Bardzo szybko sam się od niego uzależnił. W domu miał zapewnione jedzenie i miejsce do spania, ale wszystkie zarobione pieniądze przez lata przepijał w barze. Nie pomagały łzy matki ani prośby innych osób.

W wieku dwudziestu ośmiu lat postanowił jednak przestać pić. Bezpośrednim impulsem było bolesne doświadczenie: poprosił kolegów o postawienie mu alkoholu, ponieważ sam nie miał już pieniędzy. Oni jednak nazwali go „świnią”. To upokorzenie stało się dla niego momentem przełomowym.

Mateusz Talbot stanął przed Najświętszym Sakramentem. Po spowiedzi i przyjęciu Komunii Świętej złożył przyrzeczenie abstynencji najpierw na trzy miesiące. Później ponowił je na rok, a następnie na całe życie.

Miał jednak świadomość, że sam może nie wytrwać. Dlatego nie zaufał wyłącznie własnej silnej woli. Zaczął codziennie uczestniczyć we Mszy Świętej i przyjmować Komunię Świętą. Często przychodził do kościoła godzinę wcześniej – niezależnie od tego, czy świeciło słońce, padał deszcz czy śnieg. Po pracy również szedł przed Najświętszy Sakrament.

Mówił:

„Jak możesz czuć się samotny, mając Pana naszego w Najświętszym Sakramencie?”

I dodawał, że bez Komunii Świętej nie poradzi sobie.

To jest niezwykłe świadectwo człowieka, który odkrył, że nie musi walczyć ze swoim uzależnieniem wyłącznie własnymi siłami. Od momentu przyrzeczenia abstynencji był – jak sam można powiedzieć – „pijany” już tylko miłosierdziem, mądrością i mocą miłości Boga.

W jego życiu widać dokładnie to samo, co w dzisiejszej Ewangelii: nie rezygnować.

Kobieta kananejska nie rezygnuje z Jezusa, mimo że początkowo nie otrzymuje odpowiedzi.

Mateusz Talbot nie rezygnuje z walki o swoje życie, mimo że przez wiele lat był niewolnikiem alkoholu.

Oboje pokazują nam, że człowiek może być bardzo słaby, ale Bóg jest mocniejszy od naszej słabości.

Mateusz Talbot potrafił również powiedzieć „nie” wtedy, gdy wymagała tego jego wiara. Kiedy otrzymał polecenie służbowe sprzeczne z jego przekonaniami i groziło mu zwolnienie z pracy, powiedział:

„Przede wszystkim muszę wziąć pod uwagę interes duszy”.

To zdanie jest niezwykle mocne. Bo czym jest dzisiaj „interes duszy”? To pytanie o to, co naprawdę jest dla mnie najważniejsze. Czy ważniejsze jest to, żeby wszystkim się podobać? Żeby mieć pieniądze? Żeby mieć wygodne życie? Czy może najważniejsze jest to, żeby nie stracić Boga?

Mateusz Talbot starał się również naprawić krzywdy, które wyrządził w czasach swojego uzależnienia. Prowadził życie pełne modlitwy i umartwienia. Zarobione pieniądze przekazywał potrzebującym, wspierał misje i szczególnie umiłował modlitwę do Maryi.

Jego modlitwa była bardzo prosta, ale niezwykle głęboka:

„O najsłodszy Jezu, zniszcz we mnie wszystko, co jest złem, co jest występne i samowolne. Wyniszcz wszystko, co Ci się we mnie nie podoba, usuń wszystko, co jest moje własne. Daj mi prawdziwą pokorę, prawdziwą cierpliwość i prawdziwą miłość. Użycz mi doskonałego panowania nad językiem. Amen”.

Czy nie jest to również modlitwa dla każdego z nas?

Bo każdy człowiek ma w swoim życiu coś, z czym walczy. Może to być uzależnienie, złość, pycha, brak przebaczenia, lęk, egoizm, nieuporządkowane relacje, słabość, której nikomu nie pokazujemy.

I czasami wołamy do Boga jak kobieta kananejska: „Panie, dopomóż mi!”, a odpowiedź nie przychodzi od razu.

Wtedy przychodzi pokusa, żeby się poddać.

Dzisiejsza Ewangelia mówi jednak: nie odchodź od Jezusa tylko dlatego, że jeszcze nie widzisz odpowiedzi.

Może właśnie wtedy Twoja wiara jest najbardziej potrzebna.

Kobieta kananejska nie pozwoliła, aby cierpienie odebrało jej nadzieję. Mateusz Talbot nie pozwolił, aby jego przeszłość zdecydowała o całym jego życiu.

To jest również nadzieja dla każdego człowieka, który myśli: „Już się nie zmienię”, „Jestem za słaby”, „Za dużo razy upadłem”, „Bóg już nie może mnie przyjąć”.

Może właśnie dzisiaj Jezus mówi do takiego człowieka: „Nie rezygnuj. Przyjdź jeszcze raz. Wołaj jeszcze raz. Zaufaj Mi jeszcze raz”.

Mateusz Talbot zmarł w Dublinie 7 czerwca 1925 roku, idąc na Mszę Świętą w uroczystość Trójcy Przenajświętszej.

Piękny jest ten obraz: człowiek, który kiedyś wszystkie swoje pieniądze przepijał w barze, pod koniec życia idzie na spotkanie z Jezusem w Eucharystii.

To pokazuje, że Bóg naprawdę potrafi zmienić człowieka.

Nie ma takiej przeszłości, której Bóg nie może odkupić. Nie ma takiej słabości, z której nie może nas podnieść. Nie ma takiej sytuacji, w której warto przestać wołać: „Panie, dopomóż mi”.

Dlatego dzisiejsza Ewangelia i życie Mateusza Talbota zostawiają nam jedno ważne przesłanie:

Nie rezygnuj z Boga. Nie rezygnuj z modlitwy. Nie rezygnuj z walki o siebie. I przede wszystkim – nie rezygnuj z nadziei.

Bo czasami właśnie wtedy, gdy wydaje nam się, że Jezus milczy, On prowadzi nas do wiary jeszcze głębszej niż ta, którą mieliśmy wcześniej.

A może właśnie wtedy chce usłyszeć od nas słowa kobiety kananejskiej:

„Panie, dopomóż mi”.

I wtedy, w odpowiednim czasie, możemy usłyszeć także Jego odpowiedź:

„Wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz”.

Mariusz Makuch